Toscania. Godzina trzynasta. Leżak. Ciepło, bardzo. Cisza. Szum frędzelków parasolki szarpanych chłodnym wietrzykiem. Kot wygrzewający futerko na rozgrzanym kamieniu. Wszystko zamarło, nikt się nie rusza. Tylko cykady w oddali przysuwają za miliony.

Czy tubylcy, rzeczywiście tak żyją? Może tylko schowali się dla zmylenia przyjezdnych. Chyba nie.

Do pełni szczęścia jeszcze tylko wrzuciłbym do basenu telefon, by nikt nie zawracał głowy. Niech gnije na dnie przez dwa tygodnie. Pewnie bym to zrobił gdyby nie fakt, że Krzyś właśnie jest na drugim krańcu Europy – a fajnie czasem usłyszeć jego radosny głos.

 

P.S. Czy ktoś kto sadzi oliwny gaj, by w pełni owocował za pięćdziesiąt lat, będzie się zajmował projektem z dedlajnem na piętnastą zero jeden?
P.S. Do peesa zero jeden jest bardzo ważne, bo w zero dwa już świata nie będzie.

Jacek Durski: Zero obrotów na minutę