Produkt polski. Dobre bo polskie. Teraz Polska. To hasła chętnie drukowane przez polskich producentów na opakowaniach swoich produktów by przyciągnąć potencjalnych klientów. Dobre bo polskie, może być polskie jabłko, czosnek czy kabanos. Jeśli chodzi o AGD, zawsze omijam szerokim łukiem. Może nawet jeszcze szerszym. Cóż, czasem człowiek zbłądzi i kupi kabinę prysznicową z dumną etykietą Produkt polski. Na ekspozycji prezentowała się świetnie, w katalogu jeszcze lepiej. Transport gratis. Po rozpakowaniu pudeł z elementami do tak zwanego szybkiego montażu, szybko wyszło, że produkt jest tak samo polski jak ja jestem małą Indianką. Tylko plastikowa wytłoczka brodzika została zrobiona w Polsce – reszta made in China. Na dzień dobry okazało się, że instrukcja jest z innego modelu – nową dostałem na maila. To pozwoliło stwierdzić, że niektóre z profili są z innej kabiny. Później, wężyki nie mieszczą się za kabiną. Na koniec trzeba było wymienić klamki i półeczkę. O wykończeniu detali nie wspominam. Szybki montaż trwał dwanaście godzin (nie licząc czterech kursów do sklepu). I chyba powinienem być z siebie dumny, bo pan w markecie nie wierzył, że nic mi nie przecieka.

Kilka dni temu wygasł patent na klocki Lego. Wszyscy znamy jakość tego produktu. Ponadczasowe, niezniszczalne, o żywych kolorach i co najważniejsze – zawsze świetnie do siebie pasujące. Czy zatem teraz rynek zostania zalany wszelakimi odmianami Leego, Legoo, Kego czy PLego? Być może. Być może będą nawet  podobne, albo nawet dadzą się łączyć z oryginałami. Może powstaną wersje prawie idealne. Ale jeśli nawet, to na pewno nie zrobią ich polskie firmy małymi chińskimi rączkami.  

Z drugiej jednak strony, konsumenci przyzwyczaili się do produktów prawie dobrych, prawie sprawnych, prawie… użytecznych. Tak, tak Ty drogi czytelniku także. Bo czy Twoja najnowsza przeglądarka obsługuje w 100% jakikolwiek standard języka HTML (bo o 5.0 nie pytam)? Nie, bo taka przeglądarka nie istnieje.