„Kiedy zamykam oczy, śni mi się taki sen...”
Jak można się domyślić, dziś ze snu małe co nieco. Szkoła niechybnie. Ławki, tablica, uczniowie. Siedzę z kolegą (konkretnym, ale bez nazwisk, nich będzie to kolega O.) w jednej ławce. Na tapecie „Pan Tadeusz”. Trzeba było się przygotować. Nikt tego nie zrobił, ja także. Nauczycielka (żadna konkretna osoba) wyrywa kolegę O. do odpowiedzi. Ma przedstawić dynamikę dzieła. O wyciąga jakieś rysunki, takie małe, mieszczące się w dłoni – wyglądają jak wzory dywanów. Czerwono-bordowe na zewnątrz granat w środku. Coś w rodzaju rewersu kart do gry. Próbuje przekazać swoje subiektywne spojrzenie na dynamikę trzynastozgłoskowca za pomocą dźwięków (zawierających szereg spółgłosek typu dź... dż... w...). Nieukontentowana nauczycielka każe mu zapisać to na tablicy. Uwaga! Za pomocą wzoru, na podstawie schematu! Kolega O. dwoi się i troi, próbuje narysować jakiś obwód, bąka coś bez ładu i składu o watach i voltach. W końcu wyprowadza wzór. Kolorowy, zawiły, zawierający współczynnik „ę”.

Kolega O. może usiąść a ja mam wyprowadzić wzór na owo „ę”. Zerkam szybko do notatek kolegi O. Za mało czasu! Nie zapamiętam tak długiego wzoru! Równie długi i kolorowy jak wzór wcześniejszy. Ale idę. Zaczynam: małe „ę” oznacza współczynnik owcy. Mówię z przekonaniem... jak o pewniku. Nauczycielka nie neguje (więc coś w tym musi być). Piszę „ę =”

Tu przerwał... i nikt nie miał wątpliwości, że dalej nic nie wymyślę. Za równa się stawiam jakiś bohomaz, ni to „b” ni to greckie „ro”. Delikatnie, aby coś napisać, ale żeby nie było widać co. Chyba wracam do ławki – ale na pewno budzę się.

Sen, po którym wolałem wstać, bo mogłyby mi się przyśnić jeszcze większe bzdury.
„...słońce i kwiaty to tylko plakaty...”