Dzienniki. Rzecz dobra czy zła? Moralna czy nie? Pożyteczna społecznie czy wręcz przeciwnie? Takie nasuwają mi się pytania na temat dzienników pisanych zarówno do szuflady jak i tych z założeniem druku. Dlaczego? O ile zapiski dotyczą samego zainteresowanego, jego przeżyć, przemyśleń wszystko wydaje się w miarę klarowne (w kontekście zadanych pytań). Jeżeli czytelnik podczas lektury dostaje kubeł zimnej wody na głowę, dowiaduje się, iż bohater okazuje się całkiem innym człowiekiem (lepszym czy gorszym - nieważne) to jest to świadome odkrycie się piszącego. Jest to opis subiektywny ale oddziałujące jedynie na wizerunek autora. Problemy zaczynają się gdy zaczyna opisywać swoje relacje pomiędzy współtowarzyszami życia, bliższymi, dalszymi czy nawet przypadkowymi. Opisy te także są subiektywne (często nawet bardzo, nie wspominając już o kontekście wydarzeń). Można by rzec: „I co z tego?”. Ano tyle, że jeżeli osoba opisywana jest przedstawiona w świetle negatywnym to nie ma ona szans sprostowania bądź wytłumaczenia się. Co? Też ma napisać dziennik? A jaką ma gwarancję, że ktoś będzie czytał dzienniki w odpowiedniej kolejności (jeżeli w ogóle sięgnie po ten drugi)? No i czy wszyscy muszą być na tyle uzdolnieni aby napisać poczytną autobiografię? Jeszcze jakiś pytania? Może następnym razem.

A! Jeszcze wniosek. Strzeż się kronik i kronikarzy! A zwłaszcza tych, którzy piszą do szuflady. Oni myślą, że to tylko dla nich. Pomrą, szufladę przejmą wnuki a co dalej...

... już się boję.

 

 

„Zielono mi... a... a...” – podłoga w kuchni skończona (to tak na marginesie).