Patrzę na poprzedni wpis. I co widzę? Zielona podłoga. Właśnie kończymy tapetować na żółto kuchnię. To może jakiś fragment z „Yellow submarine”?

Ale nie o tym miałem zamiar pisać.

W sumie rzeczy miałem pisać o niczym. Tak tylko, dać świadectwo żywota swego. Bo właśnie siedziałem sobie, słuchałem Metalliki (jeśli tak się to poprawnie spolszcza) i naszła mnie myśl, że dawno nic nie napisałem. Dlaczego? Ano dlatego, iż nie naszła mnie wena. I może dalej nie zaglądnął bym tutaj. Tyle tylko, że następna myśl pogoniła poprzednią a zarazem została pogoniona przez następną. I tak sobie tu wklepuje wyraz za wyrazem, słowo za słowem, zdanie za... I pewnie nawet się nie domyślasz jaka myśl temu przyświeca?

Jesteś cierpliwym odbiorcą? Pewnie tak skoro to czytasz. Czy na pewno? Jesteś tego zupełnie pewien? Będąc w pełni sprawnym na ciele i umyśle? Sam się zastanawiasz? Ja także. No nie w tej chwili (to znaczy w tej w której Ty czytasz) tylko trochę wcześniej (to znaczy kiedy ja to piszę). Powiesz: chwila rzecz względna, w końcu pomiędzy pisaniem a chwilą obecną minęło ......... czasu. Dobrze zgadzam się - względna. Na marginesie, ile czasu minęło od Twoich urodzin? A ile od moich? A Chrystusa?

Mam już nie męczyć? To czemu czytasz? Nikt Ci przecież nie każe. No chyba, że już jestem taki sławny i minęło tyle czasu, że niniejsze wypociny są obowiązkową lekturą szkolną. W takim wypadku „Sorry” przez duże „S” i zapewniam - wszystko o czym krytycy mówią, że chciałem teraz powiedzieć to z pewnością większe wodolejstwo niż oryginał. Ale, co mi tam! Każdy musi z czegoś żyć (oni też).

Dobra już kończę.

Koniec.

 

A! Zapomniałbym, jeszcze tylko wyjaśnię dlaczego i za co. Co było myślą wiodącą. A było... (napięcie rośnie). Proszę Państwa... (napięcie rośnie dalej). Już za chwilę... (napięcie jest już niemożliwe do opanowania). Bzyk - żarówka się spaliła! Tak po ciemku wyznam: biedni są felietoniści, którzy muszą oddać stronę maszynopisu na jutro, a nic prowokującego (myślenie oczywiście) się nie dzieje.

 

Idę po nową żarówkę.